Paralaksa tła

Gruzińska gościnność – cz. 3 – ostatnia

Kilka lat temu zorganizowałem moją pierwszą wyprawę do Gruzji, wówczas pojechaliśmy tam na motocyklach. Było nas sześcioro. Początkowo mieliśmy wybrać kierunek Syria i Jordania, ale odstraszyła nas rozpoczynająca się tam arabska wiosna ludów. Z perspektywy czasu - trochę szkoda. Ale do rzeczy.

Skuszeni tym, co przeczytaliśmy na forach internetowych oraz tym, co usłyszeliśmy na spotkaniach podróżniczych wybraliśmy Gruzję jako naszą alternatywną destynację.

Pogoda tej wiosny była fatalna - wyprawa rozpoczęła się pod koniec kwietnia, przez całą Polskę i Słowację jechaliśmy w 3 osoby w strugach deszczu, nasz pierwszy grupowy wieczorek zapoznawczy wypadł dopiero w Bratysławie. Do tej pory kontaktowaliśmy się jedynie przez internet :)

Droga do Gruzji upłynęła dość szybko. Nie stawaliśmy nigdzie na dłuższy pobyt - ride, eat, sleep, repeat :) Przejechanie 3400 km zajęło nam 5 dni. Od tamtego czasu Gruzja bardzo mocno się zmieniła - dość powiedzieć, że wtedy na trasie od granicy w Sarpi do Batumi nie było żadnej stacji benzynowej. Teraz jest ich tam bez liku.

Z pierwyszm objawem gościnności spotkaliśmy się już w Batumi, gdzie zziębnięci i zmęczeni zatrzymaliśmy się w hoteliku (istnieje do dzisiaj), a pani z recepcji wysłała swojego syna, żeby przyniósł nam po pysznym adżarski chaczapurii - to było bardzo miłe. Później było już tylko lepiej :) - a to cza-cza wypita gdzieś po drodze, a to wieczór z gruzińskimi śpiewami przy ognisku, a to uprzejmość policji, która przetransportowała na pace swojego pick-up'a zepsuty motocykl, a to wspólna naprawa pompy paliwa przed hotelem w Mestii. Był tylko jeden wyjątek - po drodze z Mestii do Ushguli spytaliśmy się jednego z gospodarzy czy możemy rozbić namioty u niego w ogrodzie. Gospodarz nie zgodził się, w zamian proponując nam nocleg u siebie w domu - nic wówczas nie wspominając o zapłacie. Dom nie był również oznaczony jak guesthouse. Rano, kiedy wstaliśmy i zbieraliśmy się do wyjazdu - okazało się, że był to najdroższy nocleg ever - za osobę zapłaciliśmy po 100 GEL! Zapłaciliśmy i z uczuciem niesmaku pojechaliśmy dalej.

Czy było to spowodowane nieuczciwością, chciwością gospodarza? Czy widząc 6 osób na BMW stwierdził, że to szansa na dobry zarobek? Czy w końcu my - zapomnieliśmy o podstawowej zasadzie podróży - "zanim skorzystasz spytaj ile to kosztuje"? A może zasłuchani w opowieści o gościnności, straciliśmy swoją czujność? Nie wiem, ale wiem, że jedna czarna owca w stadzie nie powoduje, że stado jest niedobre :)

Jaka zatem jest ta słynna gruzińska gościnność? Według mnie Gruzini są bardzo otwarci i przyjaźni, często wspominają prezydenta Lecha Kaczyńskiego, twierdzą, że mają szczególny sentyment do nas Polaków. Pewnie tak jest, ale widziałem, że są tak samo mili i uprzejmi dla każdej innej nacji :) Z całą pewnością - w dużych ośrodkach miejskich czy znanych atrakcjach turystycznych - Batumi, Kutaisi, Tbilisi czy Mestia lub Ushguli już na dobre zapanowała komercja - spotkałem się tam nawet z robioną w Chinach czurczchele!

Jeśli natomiast chcecie zobaczyć jaka naprawdę jest Gruzja - pojedźcie do małych miejscowości, daleko w górach, poza utartymi szlakami - tam z całą pewnością zostaniecie poczęstowani winem, cza-czą, chaczapurii, czyli wszystkim tym, co gościnni gospodarze będą akurat spożywali lub ... palili.

Tomek